Pomiędzy katedrą a sztalugą. Wywiad z Jackiem Liminowiczem.
Kolejnym moim rozmówcą w naszej Galeria Sztuki Schron Giżycko jest Jacek Liminowicz, nauczyciel języka polskiego w giżyckim liceum, artysta malarz, człowiek wielu pasji.
Zapraszam Państwa do niezwykłego świata w którym pasja polonisty przenika się z lotniczą nostalgią i mistyczną abstrakcją, tworząc fascynującą opowieść o poszukiwaniu piękna w zatopionych wrakach i malarskim geście.

Rozmowa z Jackiem Liminowiczem
Powiedz mi Jacku, czy bardziej się czujesz polonistą, pedagogiem, artystą, malarzem? Jak to u Ciebie wygląda?
Myślę, że w moim wypadku te ścieżki idą ze sobą w parze, czasem przeplatają się w najmniej spodziewanych sytuacjach. Trudno oddzielić jedno od drugiego, dlatego, że w zawodzie, który wykonuję sztuka nieustannie się przejawia. Na lekcjach języka polskiego często interpretujemy teksty kultury, obrazy, staramy się je odczytać, odszyfrować np. sens układów kompozycyjnych, symbolikę, czy ich miejsce w konkretnej epoce i ten element z takim obcowaniem ze sztuką tutaj się pojawia. Natomiast, czy czuję się bardziej malarzem? Chyba nie, może bywają momenty, kiedy tak się dzieje, ale jak wcześniej zaznaczyłem, to idzie równolegle z pracą, którą wykonuję na co dzień i można powiedzieć, że mam sporo szczęścia, że tak jest. Te dziedziny są sobie tak bliskie, że zupełnie naturalnie wzajemnie się przenikają czy współistnieją.
Powiedz mi, a kiedy zacząłeś malować? Kiedy odkryłeś w sobie artystę?
Z tym odkrywaniem może chyba wiązać się dziś już nieco anegdotyczne spostrzeżenie, bo sięgając najgłębiej w dziecięcą pamięć, wspominam spostrzeżenia pań wychowawczyń z przedszkola, które widziały rzecz jasna więcej niż ja sam, dając znać Mamie, że mam talent, dodając za każdym razem – jako oczywistość, że to pewnie po niej. Mama ukończyła Liceum Sztuk Plastycznych w Supraślu, więc nie było dla nich cienia wątpliwości skąd te moje talenta się wzięły. Ja natomiast nic z tego sobie nie robiłem. Zatem niczego w sobie nie odkryłem, tylko w błogiej nieświadomości, z dziecięcym zacięciem i po prostu przyjemnością zużywałem ołówki, kredki (te z „Misiem” rzecz jasna :)), kiepskiej jakości farbki plakatowe i inne jednak wówczas trudno dostępne materiały. Do dziś mam teczkę wypelnioną rysunkami z tamtych czasów, wczesnych lat osiemdziesiątych i rzeczywiście chyba wyróżnialy się szczególowością, może rzadziej spotykana u kilkulatków. I to jest wlaśnie ta zamierzchla przeszlość o którą pytasz, a którą zawsze wspominam z uśmiechem. Potem byla szkola podstawowa, jakiś wygrany konkurs plastyczny.
Ale jaka była tematyka tych najwcześniejszych dzieł wychodzących spod Twojej ręki?
Trudno mówić o jakiejś tematyce, dlatego że jeśli wspominam te rzeczy najwcześniejsze, to tematy były narzucane, sam zaś rysowałem to, co zwykle rysują kilkulatki, czyli tematy z komiksów, telewizji, ilustracji z książek. Natomiast ten konkurs chyba w drugiej klasie szkoły podstawowej, pamiętam jakiś taki pejzaż afrykański, palmy chyba, piramidy, piasek… nie wiem co mi strzeliło do głowy, czy trzeba było coś wymyśleć? Nie pamiętam. No więc w jakichś takich ciepłych, egzotycznych kolorach pamiętam ten rysunek i to taka właśnie historia.
Powiedz mi teraz proszę skąd wzięła się tematyka tych wraków samolotów których wiele znajduje się u nas w galerii?
Trzeba sięgnąć do czasów, kiedy byłem nastolatkiem. To były lata osiemdziesiąte, dziewięćdziesiąte. Jak wielu chłopców w tamtym czasie, a to są czasy sprzed Internetu, więc większość chlopcow z nas miała jakieś kreatywne hobby, a to też czas, kiedy pasje naturalnie się pojawiają, a wynikają z odkrywania świata. W przypadku chłopców modelarstwo było taką dziedziną, w której się odnalazłem, ale jeżeli chodzi o lotnictwo, samoloty, to rzeczywiście jestem entuzjastą po prostu. Miałem szczęście być na wielu pokazach lotniczych w kraju i za granicą, zwiedzić liczne muzea i widzieć na własne oczy najsłynniejsze maszyny, które są ważną częścią krwawej historii naszej planety. Tak więc, uwielbiam tę formę jako taką, techniczne aspekty związane z lotnictwem, a to hobby dostarczało przy okazji dużo wiedzy, sporo wtedy czytałem literatury historycznej i specjalistycznej. Kiedy jednak rozpoczęła się szkoła średnia, studia, okazało się, że literatura piękna wzięła górę i gdzieś to modelarstwo poszło w kąt zupełnie, a pasja lotnicza przeszła w stan uśpienia. Po latach zaczęła się jednak pojawiać, ba, wynurzać nomen omen, w formie chyba jednak szlachetniejszej jaką jest malarstwo. Wydaje się, że czułem potrzebę, aby połączyć materię wody, formę samolotu, utopić je w jednolitej atmosferze wody. Ale jak często podkreślam wraki są właściwie dla mnie rodzajem martwej natury, a to jest także wielkie wezwanie, jeśli chodzi o kwestie natury technicznej, różnego rodzaju rozwiązania kompozycyjne, głębię, fakturowość, no i ta pogoń za atmosferą. Nie wiem w jakim kierunku to pójdzie i choć nadal z entuzjazmem podchodzę do każdego wraku, to myślę, ze z czasem pojawi się coś i innego. Woda jest wieczna. Zobaczymy.
Teraz przejdźmy Jacku do tych Twoich abstrakcyjnych całkowicie prac. Czy od razu jak zaczynasz, jak siadasz przy sztaludze, to wiesz co powstanie? Czy w trakcie tworzenia tegoż dzieła koncepcje się zmieniają i zaczynasz na przykład malować coś zupełnie innego, a wychodzi Ci coś zupełnie innego?
Jest kilka takich ścieżek, dlatego że abstrakcja jest sztuką nieprzedstawieniową. Właściwie to jest nieustanne poszukiwanie jakiegoś balansu pomiędzy kolorem, formą, strukturą, fakturą. Taka troszeczkę pogoń za „tym czymś”. Niektórzy też zauważają, że u mnie pewne formy się powtarzają, ale to wynika z takiego poszukiwania równowagi pomiędzy kolorem, kompozycją, głębią, atmosferą również, choć na pierwszy rzut oka są one zwykle dwuwymiarowe. Owszem, są podobne, ale zapewniam, że nigdy takie same. Sam proces twórczy nie tylko daje dużo satysfakcji, ale i jego koniec jest całkowicie nieprzewidywalny. W zamyśle pojawia się ogólny zarys, potem pilnuję mocnych punktów, usuwam elementy zbędne, za chwilę pojawiają się nowe, wobec których znów trzeba zaryzykować. Czasem finał nie jest satysfakcjonujący, co się okazuje po tygodniu patrzenia, czy miesiącu. Zamalowuję to, co się źle i szybko zestarzało i zaczynam od nowa. To proces, który nigdy się nie kończy i to jest piękne.
Może banalne pytanie Ci teraz zadam, ale masz jakiegoś takiego swojego ulubionego artystę, ulubiony obraz?
Obrazy chyba nie. Jest tyle porażających wspaniałości, że nie potrafię nic konkretnego wskazać. Jeśli chodzi o artystów tych współczesnych, nieżyjących to nie będzie tajemnicą, że Beksiński zdecydowanie, choć podobają mi się raczej jego mniej popularne prace, Duda-Gracz za arcypolskie chopinowskie nokturny, natomiast z dawnych mistrzów to chyba wielki Jahannes Vermeer. Gdybym miał wskazać tę niewielką grupkę artystów, to Ci właśnie rzeczywiście robią na mnie wrażenie i pojawiam się na wystawach opatrzonych ich nazwiskami gdziekolwiek się odbywają. Ale podobają mi się prace Jacka Szynkarczuka, czy Darusza Zawadzkiego. No lubię i cenię ten nasz polski surrealizm. Ale musiałbym pogrzebać gdzieś tam w głowie, bo z angielskich impresjonistów za absolutnie wielkiego uważam Edwarda Seago. To mało znany u nas impresjonista. To są lata 50., 60., 70. XX wieku. Na jego obrazach widać perfekcyjny malarski gest, mięsistość faktury, ale i dużo powietrza.
Jak się w ogóle poznałeś z Darkiem Matyjasem?
To chyba był rok 2005, o ile mi się dobrze wydaje. Pamiętam, Darek po swoim powrocie ze Stanów Zjednoczonych zorganizował w Giżycku wystawę wielkich mistrzów. Wydaje mi się, że były to wtedy wspaniałe grafiki Dalego, Picasso i wielu innych artystów.Rzeczywiście ta wystawa zrobiła na mnie ogromne wrażenie i tak się poznaliśmy właśnie wtedy. Pamiętam, że później kupiłem dwie grafiki francuskiego artysty Andre Mineaux, a potem po latach jeszcze powiększyłem kolekcję o kilkanaście litografii. Można powiedzieć, że Darek tą wystawą pokazal , że dobra sztuka naprawdę może być dostępna. Tak że, jeśli chodzi o Darka to był to chyba rok 2005, ale nie dam głowy czy to akurat ta data.
Ale czy on wiedział, że malujesz?
Chyba tak, aczkolwiek to jest historia sprzed dwudziestu paru lat, więc myślę, że ja dopiero szukałem swojego artystycznego wyrazu i tamte moje rzeczy w porównaniu z tymi, które są dzisiaj, to jednak jest spora przepaść.
Wiem, że jedną z gałęzi Twoich działań artystycznych też jest wykonywanie na zamówienie kopii znanych dzieł.. Czy jest jakiś motyw, jakiś artysta, którego byś się nie zgodził nawet za żadne pieniądze skopiować?
Beksiński.
Chodzi o to, że z szacunku, czy myślisz, że nie dałbyś rady?
Z szacunku, z niemożliwości, że tak powiem, naśladowania tej techniki. No i tak, to chyba on. Ale zadałbym również pytanie: po co? I tak już trafił pod strzechy, a machina pośmiertnego PR działa coraz prężniej, niedługo wyskoczy po otwarciu lodówki, bo że jest na magnesach, nie mam wątpliwości.
A z tych, których dotychczas miałeś przyjemność kopiować, jakiś pamiętasz, który sprawił Ci największą trudność?
Oj, muszę pogrzebać w pamięci. Kilka obrazów Gierymskiego pamiętam, że było bardzo trudnych. „Patrol powstańczy”, też „Noc na Ukrainie”. Ostatnio też „Babie lato” w oryginalnym rozmiarze. Też było wyzwaniem, ale klienci zadowoleni, więc chyba się udało. Natomiast kopiowanie traktuję jako swoisty taki trening, jako podpatrywanie tego, co na płótnie, w jaki sposób wyrażali się inni malarze. To zupełnie inny rodzaj pracy, raczej- bądźmy szczerzy – rzemiosło niż sztuka. Ale i tutaj mam sporo zabawy, to bardzo sympatyczna, satysfakcjonująca praca.
Powiedz mi teraz do kogo najczęściej przemawia Twoja twórczość?
Nie potrafię określić odbiorcy, dlatego że to jest naprawdę wypadkowa bardzo wielu rzeczy. Wydaje mi się, że jestem przeszczęśliwy, jeśli komuś się po prostu obraz podoba. To już jest wielka nagroda, natomiast trudno mi jest określić jakiegoś takiego docelowego odbiorcę, pewnie dlatego że jestem człowiekiem bardzo mało znanym. Lokalnie sobie tutaj działam i naprawdę bardzo trudno jest, że tak powiem, sprofilować tych, o których pytasz. Nazwijmy ich entuzjastami sztuki po prostu.
Czy podczas procesu twórczego potrzebujesz ciszy, czy wręcz przeciwnie, słuchasz muzykę, a jeśli tak, to jaki rodzaj tej muzyki najbardziej Cię, że tak powiem, pobudza do przenoszenia na płótno?
Tak, rzeczywiście, właściwie cisza wypełniająca przestrzeń sprzyja zapadnięciu się w głąb siebie, choć czasem może odpychać, ale to dla mnie sygnal, że właśnie jej potrzebuję. Słychać wtedy własny oddech, szuranie narzędzi, czasem coś upadnie, za oknem słychać ptaki i odgłosy miasta. Rozpościera się wtedy spokój zupełnie niewymuszony… sprawy toczą się niespiesznie w swoim tempie. Ale muzyki też sporo mi towarzyszy, czy to podczas malowania abstrakcji, czy tych moich nielotów połamanych. Przez uszy przeszumiało mi bardzo dużo muzyki elektronicznej, ambientu, klasyki spod znaku Alia Vox, jazzu ze stajni ECM. Niewątpliwie muzyka też wzmaga poruszenia ducha, które być może nawet prowadzą malarski gest… nie wiem. Cześć obrazów, które pojawiają się w przestrzeni internetu opatruję muzycznym tłem, i tam można sobie dopowiedzieć tę muzyczną historię.
Powiedz mi już na koniec, czego Ci życzyć, co jest Twoim największym takim marzeniem jeśli chodzi o Twoje malarstwo?
Żeby mi się zawsze chciało malować, żeby płomień potrzeby twórczej gdzieś tam nie wygasł zupełnie. I żeby to, co robię cieszyło oczy nie tylko moje, ale i odbiorców
No to właśnie tego Ci życzę, dzięki Jacku.
Dziękuję również.

