Mazurskie opowieści zaklęte w glinie. Rozmowa z Reginą Danutą Biesiadecką
To już trzecia rozmowa z cyklu Michała Kotyrby, tym razem z Reginą Danutą Biesiadecką – rzeźbiarką, twórczynią giżyckiej pracowni Dan-Det i artystką, która od lat z wielką wrażliwością przekłada mazurskie legendy na język gliny.
Inspiracją dla jej twórczości stała się książka „Mazurskie opowieści” Jadwigi Tressenberg. To właśnie z niej wyrastają figurki, sceny i postaci, które w pracowni artystki zyskują nową, materialną formę. Zapraszamy do świata ceramiki, wyobraźni i opowieści zakorzenionych w Mazurach.

Rozmowa z Reginą Danutą Biesiadecką
Kiedy w Pani życiu pojawiła się rzeźba?
Wszystko zaczęło się od fascynacji książką „Mazurskie opowieści” Jadwigi Tressenberg. Tworzyłam już wcześniej kwiaty i drobne figurki na sprzedaż, ale poczułam, że chcę zostawić po sobie coś trwalszego. Zaczęłam więc rzeźbić w glinie.
To wymagający materiał – w przeciwieństwie do drewna czas na dopracowanie detali jest ograniczony. Można nad nimi pracować tylko wtedy, gdy glina jest jeszcze „skórzasta”, czyli stężała, ale wciąż wilgotna. Gdy wyschnie całkowicie, staje się krucha i łatwo może rozpaść się w rękach.
Moim marzeniem jest zilustrowanie rzeźbiarskie wszystkich opowiadań z tego zbioru. Na razie gromadzę prace na specjalnych regałach w garażu, czekając na okazje, by pokazać je światu i opowiedzieć związane z nimi legendy. Jedną z prac, „Królową Kut”, przekazałam już Dariuszowi Matyjasowi do Galerii Sztuki Schron w Giżycku. Moje figurki to dla mnie emocjonalna ilustracja tej literatury.
Ma Pani swoją ulubioną mazurską opowieść?
Bez wątpienia jest to wspomniana „Królowa Kut”. Często wracam do lektury tych podań – nie wystarczyło mi przeczytać ich raz. Ciągle odkrywam w nich coś nowego, co inspiruje mnie do kreowania całych scen, które później materializują się w glinie.
To piękna misja – dzięki Pani twórczości te opowieści wciąż żyją. Czy rzeźbi Pani także w innych materiałach?
Skupiam się wyłącznie na glinie. To mój ulubiony materiał, który pozwala mi na pełną ekspresję, również dzięki procesowi szkliwienia. W drewnie nie rzeźbię – glina to tworzywo, które mnie „słucha” i najlepiej oddaje moje intencje.
Jak wygląda proces przygotowania samej materii do pracy?
Praca ceramika bywa nieprzewidywalna. Korzystam z profesjonalnej, oczyszczonej gliny, która jest od razu plastyczna. Nie zajmuję się ceramiką użytkową ani toczeniem na kole – skupiam się na figurkach: aniołach, diabełkach czy mazurskich kurach.
Praca palcami wymaga dużej precyzji, dlatego muszę mieć bardzo krótko przycięte paznokcie, by nie uszkodzić delikatnej powierzchni rzeźby.
A kiedy glina twardnieje i następuje moment dekorowania?
Kluczowe jest odpowiednie przygotowanie masy – trzeba z niej wycisnąć pęcherzyki powietrza, inaczej praca roztrzaska się w piecu. Jeśli nie skończę rzeźby jednego dnia, owijam ją szczelnie folią, by nie straciła wilgoci. Proces schnięcia zależy od grubości ścianek rzeźby; im są grubsze, tym wolniej muszą wysychać, by uniknąć pęknięć.
Potem następuje pierwszy wypał, czyli tak zwany biskwit. Odbywa się on w niższej temperaturze, dzięki czemu glina pozostaje porowata i może wchłonąć szkliwo. Dopiero po nałożeniu szkliw, które są de facto procesem chemicznym i których ostateczny kolor oraz efekt widać dopiero po wyjęciu z pieca, następuje drugi wypał w wysokiej temperaturze, sięgającej od 1050°C do 1100°C.
Na początku bywało to trudne, szkliwa spływały lub zmieniały barwy, ale z czasem nauczyłam się nad tym panować.
Samodzielnie Pani maluje, wypala i nadzoruje każdy etap, prawda?
Tak, absolutnie wszystko wykonuję sama w mojej pracowni.
Kiedy powstało to miejsce?
Marzyłam o tym od dawna. W 2015 roku otworzyłam pracownię „Dan-Det”. To moje miejsce ucieczki, gdzie realizuję pomysły. Prowadziłam tam warsztaty dla dzieci, choć ze względu na niewielki metraż częściej to ja odwiedzam inne placówki, by dzielić się umiejętnościami.
Obecnie jednak priorytetem jest dokończenie cyklu mazurskiego. Oprócz rzeźby zajmuję się też biżuterią ceramiczną i malarstwem – od dwóch lat kształcę się w tym kierunku, zgłębiając tajniki światła i kompozycji.
Kto odwiedza Pani pracownię?
Uczestniczę w inicjatywie „Otwarte Pracownie”, która bardzo pomaga nam, artystom, wyjść do ludzi. Na co dzień nie prowadzę typowego sklepu – umawiam się z gośćmi telefonicznie. Ludzie bardzo cenią sobie możliwość poznania artysty i zobaczenia miejsca, w którym powstaje przedmiot, który zamierzają kupić. To buduje wyjątkową więź.
Wspomniała Pani o malarstwie. Czy planuje Pani zilustrować „Mazurskie opowieści” także na płótnie?
To świetny pomysł. Na razie maluję naturę – kwiaty i pejzaże. Cały czas się uczę w szkole rysunku, bo uważam, że talent to tylko 10% sukcesu, a reszta to ciężka praca.
Jak poznała Pani Dariusza Matyjasa?
Poznaliśmy się na targach w Sztynorcie, gdzie nasze stoiska stały naprzeciwko siebie. Od tego czasu stale współpracuję z Galerią Schron. To moje ulubione miejsce wystawiennicze.
Czego mogę Pani życzyć?
Właściwie moje marzenia już się spełniają. Pierwszy wernisaż w Kościele Ewangelickim, gdzie moje prace stały przez cały sezon, był dla mnie ogromnym przeżyciem. Udało się też zrealizować mój priorytet z 2015 roku – wznowienie nakładu książki Jadwigi Tressenberg.
Chciałabym po prostu mieć czas i siły, by dokończyć rzeźbiarski cykl tych opowieści. Pani Jadwiga była niesamowitą kobietą, a spotkania z ludźmi, którzy ją znali, są dla mnie bezcenne. Marzy mi się jeszcze wspólny projekt z panem Dariuszem – połączenie promocji książki z wystawą moich rzeźb. To byłoby piękne domknięcie tej historii.
Dziękujemy Reginie Danucie Biesiadeckiej za poświęcony czas, rozmowę i podzielenie się swoim światem twórczym. Życzymy wielu sił, inspiracji oraz spełnienia marzenia o pełnym rzeźbiarskim zilustrowaniu „Mazurskich opowieści”.

Mazurskie legendy, które wciąż żyją
Rozmowa z Reginą Danutą Biesiadecką pokazuje, że sztuka może być czymś więcej niż tylko formą ekspresji – może stać się sposobem ocalania lokalnych historii, emocji i pamięci o dawnych opowieściach. W jej pracowni glina zamienia się nie tylko w figurki, ale w pełne znaczeń obrazy zakorzenione w mazurskiej wyobraźni.
To także opowieść o cierpliwości, rzemiośle i konsekwencji, bo każda z tych realizacji wymaga nie tylko talentu, ale również czasu, wiedzy i ogromnej uważności. Jeśli ten wyjątkowy cykl zostanie kiedyś pokazany w całości, może stać się jedną z najciekawszych artystycznych interpretacji mazurskich legend.

